Ona

Harry, nowy członek naszej rodziny

Kiedy miałam 12 lat Tata w tajemnicy przed wszystkimi przyniósł do domu psa (a właściwie suczkę) – najpiękniejszego owczarka niemieckiego jakiego w życiu widziałam. Od tego czasu w naszym domu zawsze były  zwierzęta. W sumie mieliśmy 6  suczek tej samej rasy, jednego owczarka kaukaskiego,  jednego kota i jedną kotkę. Każde z tych zwierząt było bez dwóch zdań najprawdziwszym członkiem naszej rodziny. Niektóry nawet rodziły się u nas w domu. Pożegnanie z każdym psiakiem, czy z naszą kotką, która żyła ponad 17 lat było dramatem i rozpaczą wszystkich domowników. Kiedy byłam młodą dziewczyną nie wyobrażałam sobie, że w domu który stworzę w swoim dorosłym życiu nie będzie zwierząt.

Los jednak bywa przewrotny – w wieku ok 21 lat uaktywniła mi się alergia, m.in na sierść zwierząt. Alergia nie tylko kontaktowa, ale przede wszystkim i co gorsze – wywołująca astmę. Jadąc do kogokolwiek z rodziny, czy znajomych którzy mieli w domu psa czy kota, zawsze musiałam mieć przy sobie sterydy, a jeśli ich zapomniałam nasza wizyta mogła trwać maksymalnie 2 godzinach (co czasem bywało niezłym rozwiązaniem:)).

Kiedy urodziły się nasze dzieci tym razem to one rozpoczęły akcję, pt: „czy możemy mieć pieska”? Przyznam, że trudno było im się pogodzić z tym, że nie jest to możliwe, bo „albo mama, albo pies” :). Z czasem zaczęłam się jednak łamać. Czytałam informacje o rasach psów, które nadają się dla alergików bo nie mają sierści, a włos. Najczęściej jednak były to małe pieski, które bardzo cenią sobie towarzystwo. A moja praca w korpo-świecie nie czyniła ze mnie specjalnie towarzyskiej osoby. 

Jak wiecie jednak od września uwolniłam się z tego kieratu i pomyślałam: jak nie teraz to kiedy.  Pozostawało tylko sprawdzenie, czy oby na pewno wybrana rasa mnie nie uczuli. Zaczęłam przeglądać ogłoszenia i moje serce zabiło szybciej kiedy zobaczyłam cudne, białe kuleczki – małe maltańczyki. W tajemnicy przed dziećmi pojechałam w odwiedziny do hodowli, żeby pobyć tam jakiś czas i zobaczyć jak będę się czuła. Kiedy okazało się, że wszystko jest w porządku pozostało jedynie przekonanie męża, który kocha psy, ale Jego marzeniem od zawsze jest Golden Retriver, a nie taki maluch :). Zgodził się na szczęście i tak w połowie marca nasza rodzina znów się powiększyła. Pojawił się 10 tygodniowy HARRY. 

Wyprawka dla takiego malucha to niezle wyzwanie i jak się okazuje – ogromny wybór: posłanie, miski, odpowiednie jedzenie, przybory toaletowe (szczotka, grzebień, szampon, ręcznik :)), szelki (w rozmiarze XXXS), smycz, transporter do samochodu no i oczywiście rozmaite zabawki – w tym ukochane sznurki i gumowe piłki. 

Trzeba nieźle się kontrolować, bo można na to wszystko wydać niezły majątek, a sklepów z asortymentem premium dla małych ras jest coraz więcej. Przy okazji – muszę się Wam przyznać do jednej kwestii – zupełnie nie miałam świadomości, jak bardzo trzeba zwracać uwagę na jakość karmy dla zwierząt. Wybór jest ogromny i okazuje się, że także i tu trzeba dobrze czytać etykiety, bo wśród popularnych marek zdarzają się totalne buble, które zawierają zaledwie 4% mięsa w mięsie. Dramat.

Z takim szczeniakiem jest jak z małym dzieckiem – trzeba cały czas zwracać uwagę co robi, bo jeśli zbyt długo jest cicho, to nie wróży to nic dobrego 🙂 Cała uwaga skupiona jest na nim i jego potrzebach. Uwielbia się bawić, lubi psocić i się przytulać. Oczywiście jak na psa kanapowego przystało – najczęściej śpi na kanapie lub z nami w łóżku (ulegliśmy po 4 nocach). Obdarza nas zaufaniem i miłością. Wciąż się siebie uczymy. Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że wybrał sobie mnie jako swoją panią, bo nie odstępuje mnie na krok:) Jest przekochany. 

Przed nami czas nauki i wychowania – bo przecież dobra miłość to mądra miłość. Na razie walczymy z wszechobecnym podgryzaniem i nauką czystości. Z różnym skutkiem, ale codziennie jest lepiej. 

Już niedługo zaczną się spacery. Za nami już pierwsze wizyty w kawiarni, w restauracjach (jestem zaskoczona tak pozytywnymi reakcjami obsługi), u rodziny, a nawet w kościele. Harry wszędzie spisuje się wyśmienicie i wszyscy których spotykamy są nim zachwyceni.

Zdarza się, że rzeczywistość rozmija się z wyobrażeniami  i nie wszystko jest tak „poukładane” jak to sobie wyobrażałam, ale i takie szaleństwo ma swój urok.

Dylemat z którym teraz się zmagam dotyczy zabezpieczenia psa przed kleszczami – krople, obroże, a może tabletki. Każda z tych metod ma swoich zwolenników, ale też zagorzałych przeciwników.

 

Z jednej strony skuteczność, z drugiej – obciążenie układu pokarmowego. Nawet lekarze są podzieleni. Wsz     yscy są zgodni jedynie co do tego, że zabezpieczyć psa trzeba, bo konsekwencje chorób „odkleszczowych” są bardzo groźne nie tylko dla zdrowia, ale i życia zwierzaków. Wciąż biję się więc z myślami co zrobić. Internet aż huczy, ale moje doświadczenia z „korpo-świata” podpowiadają mi, że nie jest to do końca obiektywna dyskusja i wyczuwam w niej lekką manipulację „konkurencyjną”.

A Wy którą z tych metod wybraliście dla swoich czworonożnych przyjaciół?