Ona

Podsumowań czas

Jest 4:30 nad ranem. Niestety to kolejna noc z rzędu, kiedy nie mogę spać. Po ponad godzinie przewracania się z boku na bok postanowiłam wstać i po cichu napisać nowy post. Post do którego potrzeba spokoju i chwili ze sobą.

Koniec roku to czas podsumowań.

Tuż przed Wigilią skończyłam 40 lat. Wiek jak wiek. Jedni mówią – nic się nie zmienia, inni – życie zaczyna się po czterdziestce, jeszcze inni przekonują, że wszystko co najlepsze spotkało ich właśnie wtedy. No cóż – zobaczymy.

Fakt jest faktem, że to pierwsze moje urodziny, które naprawdę mnie ruszyły. Nie miałam ochoty ich hucznie świętować i celebrować. Chciałam uciec, zaszyć się gdzieś i udać, że ich nie ma. Prawie się udało.
Spędziłam ten dzień z najbliższymi, odbierając dziesiątki przemiłych telefonów z życzeniami i słowami wsparcia 🙂 Były mi potrzebne, bo nie był to dla mnie łatwy dzień i niejedna łza poleciała.

Zastanawiam się skąd ta obawa przed czterdziestką? Czym ten wiek różni się od innych. 

Wiem co mnie w niej przerażało. Pamiętam doskonale 40 urodziny moich rodziców. Wydawali mi się wtedy już tacy strasznie dorośli i poważni, żeby nie powiedzieć starzy. A ja – kiedy ktoś zapytałby mnie na ile lat się czuję to z pełnym przekonaniem odpowiedziałabym, że na maks 30-32. Jestem oczywiście mamą, jestem żoną, za mną wiele lat kariery zawodowej, ale przy tym wszystkim w duszy wciąż jestem młodą dziewczyną, chętną do tańca i zabawy, szaloną, gotową stać wiele godzin w kolejce oczekując na otwarcie bram przed koncertem ukochanego zespołu, aby tylko zająć dobre miejsce. 

I o to chyba w tym wszystkim chodzi. Żeby to nie PESEL wyznaczał nam wiek, a to co mamy w głowie.

Kiedy spojrzę na to z boku widzę, że w głowie jest naprawdę w porządku: pewność siebie, świadomość swojej kobiecości i swoich potrzeb, mądrość życiowa zdobyta z wiekiem i doświadczeniem, rozwaga. Patrząc na swoje zdjęcia sprzed 20 lat śmiało mogę stwierdzić, że też nie jest źle, żeby nie powiedzieć – jest całkiem dobrze – no może gdyby nie kilka nadprogramowych kilogramów, które za diabła nie chcą same zniknąć. Ale co zrobić – spowolniony metabolizm to jedno, ale chroniczna niechęć do ćwiczeń i lenistwo to coś zupełnie innego i trzeba to sobie szczerze powiedzieć. 

Urodziny minęły, świat się nie skończył, a nawet się specjalnie nie zmienił.

Jutro zamknę jednak rok 2017 z poczuciem, że był to rok dla mnie przełomowy i wyjątkowy, nie tylko z powodu zmiany cyfry z przodu.

To rok w którym pierwszy raz w życiu odważyłam się na rewolucję bez planu. Po 17 latach zdecydowałam się porzucić, przynajmniej na jakiś czas, karierę w korpoświecie. Wiele osób nie mogło w to uwierzyć, wielu pukało się w głowę. A ja pierwszy raz w życiu czułam, że właśnie tak muszę zrobić. Byłam co do tego przekonana, bo ta decyzja dojrzewała we mnie kilka miesięcy. Wiedziałam, że to przestało być już moje miejsce i że czas zastanowić się co, gdzie i jak chciałabym robić dalej. W gruncie rzeczy nigdy nie miałam na to szansy. Wszystko zawsze działo się szybko, a ja płynęłam z nurtem. Poczułam, że to jest ostatni moment na taką rewolucję. Miałam dość wiecznej frustracji, stresu, braku czasu dla rodziny i poczucia, że życie przepływa mi przez palce. 

Oczywiście porzucenie pewnej strefy komfortu, czegoś co znamy, co jest w pewien sposób przewidywalne na rzecz nieznanego nie jest łatwe. Kiedyś przeczytałam jednak takie zdanie Neale Donalda Walscha, które zostało ze mną na długo, bo jest niezwykle prawdziwe i bardzo w nie wierzę:

„Life begins at the end of your comfort zone”

Ten moment, kiedy mogłam wreszcie powiedzieć zdecydowanie, że się z czymś nie zgadzam i nie chcę brać w tym dalej udziału był bezcenny. Było to możliwe tylko dzięki wsparciu moich najbliższych, a szczególnie mojego męża, za co jestem Mu ogromnie wdzięczna. 

Wyobraźnia podsuwała mi miliony obrazów – jak to będzie po 1 września, jakie możliwości się przede mną otworzą, czego to ja nie zrobię. Miały być codzienne ćwiczenia, nauka włoskiego, gruntowne porządki w domu i oczywiście dorywcze projekty pozwalające się realizować zawodowo, ale na swoich warunkach. Od teraz miało być tylko CHCĘ i MOGĘ, ale nic nie MUSZĘ. 

Rzeczywistość dość brutalnie to zrewidowała. Życie bez presji czasu i planu wcale nie jest łatwe i wcale nie jest pozbawione „muszę”. Są codzienne obowiązki. Dzień upływa za dniem i często trudno nawet powiedzieć co wartościowego się zrobiło. Dzieci odwiezione do szkoły, zakupy zrobione, obiad ugotowany. Ale to przecież nic wyjątkowego. Tyle, że tym razem w ciągu dnia, a nie wieczorami. 

Projektów zawodowych nie ma tylu, ilu się spodziewałam. Te jednak, które są bardzo cieszą. I wciąż wierzę, że pojawią się kolejne.

Znalazłam też czas dla siebie, na swój rozwój. Zaczęłam podyplomowe studia, ukończyłam kurs moderatora Design Thinking. I coraz bardziej utwierdzam się w tym, że prowadzenie warsztatów i działalność consultingowo-szkoleniowa jest dokładnie tym co chciałabym robić. 

Wciąż staram się poukładać sobie wszystko w głowie, wciąż pracuję nad pewnością siebie, staram się unikać złych emocji i złych ludzi. Odcięłam się od tej przeszłości, która wysysała ze mnie energię nie dając wiele w zamian.

Ani przez minutę nie żałowałam podjętej decyzji.  Pełna optymizmu patrzę w przyszłość i wierzę, że duża jej część zależy właśnie ode mnie. Zaczęłam nowy rozdział w życiu i sama jestem go niezmiernie ciekawa. Być może życie ułoży się tak, że wrócę kiedyś na tą drogę zawodową z której zeszłam, a być może pójdę zupełnie nową. 

Rok 2017 będzie wyjątkowy także dlatego, że powstało My Simple Life – miejsce o którym marzyłam od lat, a brakowało mi odwagi, by to marzenie zrealizować. Miejsce, w którym mogę dzielić się z Wami tym co dla mnie ważne. Z każdym miesiącem jest Was coraz więcej i mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na dłużej. 

Dziękuję Wam za to, że jesteście, za każde dobre słowo, za każdą konstruktywną krytykę, za motywację, zaufanie i sympatię.

Z okazji zbliżającego się Nowego Roku 2018 życzę Wami moi Kochani mnóstwa radości każdego dnia, odwagi w sięganiu po marzenia, niesłabnącej pasji w ich realizacji, satysfakcji i poczucia spełnienia, a przy tym wszystkim morza miłości, ludzkiej sympatii i życzliwości oraz zdrowia – bo ono w gruncie rzeczy jest najważniejsze. Ściskam Was mocno. M.

 

 

edit: Jest 7:25. Miłego dnia 🙂