Ona

Małe kulki o wielkiej mocy

Napisanie tego tekstu nie jest dla mnie łatwe. Wymaga otworzenia się i przyznania do słabości. Tego nikt nie lubi. Ale warto – żeby pokazać, że z największego bagna też można wyjść, że na końcu czarnej dziury jest światło i nie wolno w to wątpić.

 

W moim prostym, uporządkowanym życiu – jak z pewnością w życiu każdego z Was – zdarzają się zakręty.  Jedne są mniejsze, inne większe. Ten największy nastąpił cztery lata temu.

Ponad 12 lat pracowałam w wielkiej amerykańskiej korporacji.
Dla wielu – spełnienia marzeń. Dla mnie na początku też tak było. Ciekawe projekty, super produkty, fajni ludzie, imprezy, wyjazdy.
Z czasem jednak wiele się zmieniło. Zmienili się ludzie, kultura organizacji, priorytety. Zaczęłam czuć się tam jak w więzieniu, w którym ktoś próbował odebrać mi moc myślenia i działania. Mogłam robić tylko to co mi kazano, uśmiechać się i myśleć tylko w jeden określony sposób. Poczułam, że gubię siebie. Nie mogłam spać. Codziennie rano jechałam do biura z bólem brzucha i głowy. Nie potrafiłam się z tym pogodzić. Przez długi czas trzymało mnie tam poczucie odpowiedzialności i obowiązku. Przyszedł jednak taki moment, że podjęłam decyzję i odeszłam. Zostawiłam wszystko nie mając alternatywy. Zrobiłam to tylko dzięki wsparciu najbliższych mi osób.

Odeszłam poturbowana psychicznie. Moje poczucie wartości leżało gdzieś na podłodze. Wiara w siebie nie istniała. Radość z życia? Nie znałam tego określenia. Zdarzały się dni, że nie miałam ochoty wstać z łóżka. Przede mną była długa droga.

Kiedy byłam młodsza i miałam kryzysy – pomagały mi czynności wymagające skupienia, ale jednocześnie takie przy których mogłam nie myśleć o problemie. Idealnie działały puzzle 🙂 Metodyczne dzielenie ich na określone grupy a potem składanie – terapia perfekcyjna i skuteczna 🙂 Drugą metodą był haft krzyżykowy. Tak – domyślam się jaką macie teraz minę 🙂 „Krzyżyki” uwielbiam. Popełniłam kilka większych prac które do dziś zdobią ściany w domu moich Rodziców. Robiłabym tego więcej tylko niestety mój kręgosłup lekko się buntuje. Brakuje też czasu, którego to zajęcie wymaga.

Tym razem rolę puzzli i „krzyżyków” przejęły drobne kamienie szlachetne zwane potocznie w moim domu „kulkami”.

Uwielbiam biżuterię – zwłaszcza bransoletki. Buntowałam się jednak widząc ceny niektórych produktów w sklepach czy modnych butikach. Zaczęłam więc szukać filmów instruktażowych w internecie, znalazłam hurtownię z kamieniami szlachetnymi i srebrem, kupiłam kilka metrów silikonowej gumki, odpowiednie narzędzia i zrobiłam moją pierwszą bransoletkę. Po niej powstały kolejne i kolejne. Koleżanki zaczęły się nimi interesować i zamawiać dla siebie.

To sprawiło, że zaczęłam myśleć o robieniu biżuterii jak o sposobnie na biznes. Zwłaszcza, że bardzo chciałam robić coś czym będę mogła sprawić przyjemność innym, a zawsze brakowało mi ku temu odwagi. Chciałam dać innym powód do uśmiechu. Wiedziałam, że jest wiele kobiet, które chciałyby nosić modne dodatki, ale często je na nie nie stać. Postanowiłam zrealizować swoje marzenie z przeszłości i stworzyć markę biżuterii, która oferowałaby produkty w przystępnych cenach, jednocześnie zachowując wysoką jakość produktów i wykonania. Tak powstało My Little Things.

Mój mąż zaprojektował logo a ja miałam nowy cel. Musiałam stworzyć firmę, sklep internetowy, profil na FB. Musiałam dbać o zaopatrzenie, promocję, sprzedaż, wysyłki. Chodziłam na kursy i poznawałam nowe techniki.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego jak wielką radość sprawiały mi pozytywne komentarze, czy klientki powracające aby zamówić kolejne modele.

Zawsze podkreślam, że My Little Things to bransoletki tworzone z pasją i zamiłowaniem do piękna i oryginalności ręcznie robionej biżuterii. To „małe rzeczy”, które potrafią każdą stylizację zmienić w coś niebanalnego.

Najważniejsze jednak było to, że zaczęłam odzyskiwać wiarę w siebie. Zobaczyłam, że mogę i potrafię, że robię coś co podoba się innym i jest doceniane. Moje bransoletki pokazały się w kilku sesjach zdjęciowych w magazynach, a ja pękałam z dumy, bo to moje trzecie dziecko.

Wszystko – od pomysłu, przez nazwę, wykonanie, aspekty techniczne, po współprace i promocję robiłam i do dnia dzisiejszego robię sama.

Czas kiedy powstawało My Little Things to była doskonała okazja także do tego, żeby uporządkować wszystko w swojej głowie, żeby się wyciszyć i zastanowić nad priorytetami.

Po kilku miesiącach od tego zakrętu los postawił przede mną nowe wyzwania zawodowe, pojawiła się oferta ciekawej pracy, którą podjęłam. Zupełnie nowe otoczenie, inna kultura organizacji, inna skala biznesu. Lubię to miejsce i ludzi z którymi pracuję.

Nie zapominam jednak o My Little Things. Nadal tworzę biżuterię z logo MLT i z dumą wysyłam ją do kolejnych klientek. W tym zwariowanym świecie brakuje mi tylko czasu na uczenie się nowych technik 🙂 Ale wszystko przede mną.

Czego nauczyło mnie to traumatyczne doświadczenie sprzed czterech lat? Że nigdy nie wolno się poddać i zwątpić w siebie. Że mając bliskich i życzliwych przyjaciół wszystko się poukłada.

Bo zamykając jedne drzwi, kolejne się otwierają. Za nimi stoi przyszłość… Czy lepsza? Tego nigdy nie wiadomo. Ale na pewno nowa. I warto ją odkryć zamiast tkwić w czymś co nam nie pasuje.

Trzymam kciuki za Waszą odwagę w sięganiu po swoje 🙂